Układy z zespołem
Posted on Maj 28th, 2010 in Człowiek | Komentarze są wyłączone
Zdecydowanie gorzej układało się Riedlowi z perkusistami – poza Falińskim, no i poza Michałem Giercuszkiewiczem (w Dżemie 1981-86), ale to układ warty, niestety, osobnego rozpatrzenia. W każdym razie Rysiek do końca chciał, żeby Michał – który wyleciał z kapeli w sporej części przez niego – do Dżemu wrócił. Natomiast Marka Kapłona (1986-91) nie cenił i nie lubił, z wzajemnością zresztą. Jerzego Piotrowskiego (1991-92) – człowieka też nie lubił i też była tu wzajemność. Właściwie obaj udawali, że się nie widzą zamieniając w sumie kilkanaście zdań, na pewno nie kilkadziesiąt. Za to o Piotrowskim – muzyku zdanie miał wręcz przeciwne. Kiedyś wpadł do Jacka Strażeckiego pochwalić się jeszcze ciepłym „Detoksem” i podczas przesłuchania płyty wprost rozpływał nad grą byłego pałkera SBB. A Zbigniewowi Szczerbińskiemu, następcy Piotrowskiego, ciągle powtarzał, że gra zbyt kanciasto, ze zbyt małym luzem. Starał się Zbyszka naprowadzać, pokazać, jak powinien grać, ale robił to strasznie mało fachowo - mówi Partyzant – więc „Zbiggy” nie mógł pojąć i dodatkowo się stresował. Dopiero Beno łagodził sytuację, te wymachiwania rękami Ryśka przekładając na język fachowy.
Tak, ale do czynienia uwag Szczerbińskiemu miał Riedel mało okazji, ponieważ – powtórzmy – już dużo, dużo wcześniej tracił zainteresowanie pracą, kapelą, kolegami. Świat, w którym przebywał, był z każdym rokiem światem mniej Dżemowym. Z partnerami z zespołu widywał się najczęściej w… autokarze i na scenie – bo już nawet nie w hotelu, gdzie oni bez niego robili swoje, a on bez nich swoje; i nawet nie na próbach, w każdym razie na próbach rzadko, coraz rzadziej, bo Rysiek zaczął się na nie nie stawiać. To dlatego od „Zemsty nietoperzy”, nagranej w 1986 roku, przestał być współkompozytorem piosenek.
Danek: Ten człowiek cały czas uciekał przed przymusem – szkołą, wojskiem, pracą od siódmej do piętnastej. Chciał skonstruować swoje życie wolne od przymusu, rygoru, obowiązku. Nie wiedział, że to jest niemożliwe. Bo pojawił się następny przymus – terminy zakontraktowanych koncertów, opłaconego studia. Chciał od tego uciec między innymi przez narkotyki, ale one wytworzyły kolejny, jeszcze ostrzejszy przymus, który nałożył się na pierwszy – i Riedel był w matni. Narkotyki spowodowały, że Rysiek nie mógł pić, czyli uczestniczyć w tym, co po koncertach proponowali chłopcy z zespołu, a oni – na szczęście - nie chcieli uczestniczyć w tym co proponował Riedel, więc pojawił się rozdźwięk. Widziałem, że miał wszystkiego dość. Z każdym rokiem bardziej. Miał dość bagażu wymagań, oczekiwań, całej otoczki gwiazdorstwa. Tego, że po koncercie ludzie go męczyli. Ten chciał z nim porozmawiać, tamta chciała, jakieś dziewczyny przychodziły po autograf wspólną fotkę albo nie tylko. Tyle osób chciało mieć cząstkę Riedla dla siebie! Dlatego gdy grali w Łodzi albo Trójmieście (gdzie parę lat studiowałem malarstwo), po koncercie z ulgą nie wracał do hotelu, tylko nocował u mnie. Bo chciał i musiał odpocząć od tego wszystkiego. Uciec choć na chwilę.
Menedżer Leszek Martinek, który przejął Dżem z rąk Jacobsona, mówi, że w latach 90., zwłaszcza w 93 i 94 roku, musiał się napocić, by w ogóle wyciągnąć wokalistę z domu, ponieważ ten na wiadomość o następnych nagraniach czy wyjeździe na koncert reagował niechęcią, nawet złością. Nie czuł presji, że ma zarobić na rodzinę. W ogóle nie myślał w ten sposób.
Tak, tekst „Małej Alei Róż” – pełen goryczy, zniechęcenia, wątpliwości -nie wziął się z przypadku. Zastanawiać jednak musi – zastanawiać i przerażać! -że choć wyszedł na singlu w 1985 roku, to faktycznie pochodzi już z 1982 (Dżem wykonał go w sierpniu ‘82 w programie krakowskiej telewizji). Trzeba dodać, iż w Katowicach na ulicy Różanej (bo przecież ta Aleja Róż nie jest warszawską Aleją Róż, przy której mieszkali czerwoni książęta) mieściła się jedna z pierwszych na Śląsku narkomańskich melin. Tam to Rysiek szukał azylu…
Ale kiedy zespół nagrywał pierwsze albumy, wokalista jeszcze nie był zniechęcony. Debiutanckiego albumu – „Dżemu”, długo dostępnego wyłącznie w wersji kasetowej, w wersji płytowej jako „Dzień, w którym pękło niebo” dopiero od 1992 – Riedel nie znosił, oczywiście tylko ze względu na fatalny, nie zgrywany w studiu dźwięk, bo doceniał historyczną rolę wydawnictwa, które wreszcie pozwoliło pokazać się grupie w wymiarze większym niż singlowy. W pełni angażował się w nagranie „Cegły”, choć i tu narzekał na brzmienie, wyróżniał za to okładkę- jego zdaniem najbardziej udaną z całego katalogu Dżemu. A już dumny był z „Absolutely Live” – ulubionego albumu spośród wszystkich nagranych w życiu.
Lecz zarówno „Absolutely Live”, jak i „Cegłę” — o „Dżemie” / „Dniu, w którym pękło niebo” nie wspominając – wypełniły stare numery, zbierane przez Dżem latami. Latami aktywności Ryszarda Riedla…
Kłopoty, poważne kłopoty zaczęły się od „Zemsty nietoperzy”.
Już wtedy przestał bywać na próbach, a do studia przyszedł na gotowe — opowiada Marcin Jacobson. Musiał więc zaakceptować nagrane podkłady (czasami akceptując z miną męczennika), bo przecież już nic nie można było zmieniać. „Klosza ” znał tylko w zarysie, jako krótki, czterominutowy numer. Nie chciało mu się słuchać całości przed nagraniem wokalu, toteż pojechał od razu – zresztą moim zdaniem z bardzo kiepskim tekstem. Skończył, ale że muzyka jeszcze trwała – zaciekawiony zostawił słuchawki na uszach. Nic nie wiedział o wydłużeniu utworu, o szaleństwie Przybyłowicza, o ornamentach „Korka”. I to jego „Jezus Maria!” jest jak najbardziej spontaniczne! Zostawiłem „Jezus Maria!” specjalnie, choć Rysiek był sceptyczny. Chciał, żeby pod koniec brzmiał tylko saksofon, a resztę sugerował wyciszyć.
Jacobson dodaje, że z „Zemstą” było jeszcze pół biedy – bo Riedel miał ze sobą przynajmniej jakieś szkice tekstów, a ponadto udało się wygrzebać jeden stary („Uśmiech śmierci”), całość dopełniając słowami… samego menedżera („Boże daj dom”). Ale dwie następne płyty… Pierwszą, „Tzw. przeboje – całkiem Live”, zespół nagrywał na żywo w Teatrze STU w Krakowie na drugim tego dnia koncercie. Wcześniej mieliśmy dziesięć dni przerwy. Powiedziałem Ryśkowi, żeby w tym czasie oszczędzał się, wypoczął, spróbował zadbać o siebie. Ale jak przyjechał do Krakowa, wyglądał jak ścierka… Do tego doszło przeziębienie. A do przeziębienia sforsowanie głosu na pierwszym ze wspomnianych koncertów, mającym służyć rozgrzewce i sprawdzeniu aparatury! Trzeba było jechać na pogotowie, stosować wlewki – a i tak „Tzw. przeboje” to rejestracja wielkiej niemocy Riedlowego gardła.