Szkoła cz.II
Posted on Maj 28th, 2010 in Człowiek | Komentarze są wyłączone
Pies co prawda na dźwięk znajomego głosu zastrzygł uszami, nawet zamerdał ogonem, nawet pobiegł przywitać się – lecz za żadne skarby nie chciał wracać. I tylko nie wiadomo, co było głośniejsze – skomlenie ciągniętego, zaplątanego w smycz Bartka, czy płacz Ryśka… Krystyna Riedel dodaje, że Bartek też płakał. Pierwszy i ostatni raz widziałam, jak pies płacze. To było wtedy, kiedy pojechałam z Ryśkiem odwiedzić tego dyrektora, czy raczej właśnie psa, a oni odprowadzili nas do tramwaju… Ale my nie mogliśmy sobie pozwolić na psa, bo w mieszkaniu ledwo się mieściliśmy we czworo.
Później, już we własnym mieszkaniu, dorosły Ryszard Riedel co prawda też nie miał psa, miał za to koty. Nawet kilka kotów… Bo często przywoził je z tras, tłumacząc iż szły za nim, więc nie mógł się uwolnić. Przywoził tak często, że jego żona sporo się natrudziła, by znaleziska ulokować po znajomych. Lub po prostu kazała to robić samemu Ryśkowi. Widok wtedy był niecodzienny – sadzał delikwenta na ramieniu, albo nawet na czubku kapelusza, i ruszali w miasto… Z czasem doszło do tego, że Rysiek najpierw wsuwał rękę w drzwi z nowym kotem, a sam stał na zewnątrz „żeby nie oberwać”… A do historii rodziny przeszedł czarno-biały Sylwek – straszny łobuz, który wyróżniał się częstymi ucieczkami tudzież słabością do sernika. No i bywało, iż Rysio wabił go pod drzewem sernikiem. Albo – w kapeluszu, w kowbojkach – niezdarnie wchodził po Sylwka na drzewo.
Wracajmy jednak do szkoły. Do piątego oddziału, w którym Rysio postarzał się o dwa lata. Tak, po raz pierwszy nie zdał. Był więc najstarszy w klasie (w tym wieku rok różnicy to sporo), a ponadto podpadał ze względu na swą naturę, każącą – musi tu zadźwięczeć patos – ujmować się za innymi… Przychodził i mówił na przykład: „Jest u nas chłopak z takim wyrazem twarzy, że wydaje się, iż ciągle się śmieje. A nauczycielka chwyciła go za policzek: ”’Co się śmiejesz wariacie?”’. Musiałem coś powiedzieć… “. No i podpadał – opowiada pani Krystyna. Ale podpadał nie tylko „za innych”. „Za siebie” oczywiście również. Pewnego razu zgubił go talent plastyczny. W ubikacji namalował gołą babę, ze szczegółami. Ściągnęły maluchy, zrobiła się sensacja na całą szkołę. Od razu wiadomo było,
kto jest autorem. Jedna nauczycielka przyprowadziła Ryśka do toalety, powiedziała, że rysunek jest – owszem - bardzo ładny, ale
kazała go zetrzeć. Starł.