Jak to zwykle – albo nawet zawsze – w takich wypadkach bywa, nie da się dokładnie powiedzieć, kiedy w życie Ryszarda Riedla wtargnęła muzyka. Kiedy przytłumiła filmowe i indiańskie fascynacje. Kiedy pochłonęła go całkowicie. Ale da się powiedzieć, kiedy zastrzygł na nią uchem. I nawet kiedy zaczął pod­śpiewywać.

To było w roku 1969. Miał trzynaście lat.

Dostał od kogoś składankę Beatlesów, mama musiała więc dokupić do kompletu gramofon.                 I zaczęło się słuchanie, całymi godzinami, choć nie tylko słuchanie – bo również śpiewanie na piątego. I również godzinami.

W tym samym 1969 roku, w lecie, miał też miejsce – śmiało można tak powiedzieć – pierwszy publiczny występ Ryszarda Riedla. I jego pierwszy suk­ces… Rzecz zdarzyła się na obozie harcerskim            w Piaskach pod Będzinem. Z tym obozem było trochę jaj - opowiada „Pudel”, który znów towarzyszył „Ryglowi” -bo mieliśmy dziewczyny w harcerstwie i tuż przed nim się do harcerstwa zapisali­śmy, a tuż po wypisaliśmy. Nie zmienia to faktu, że Rysiek podczas konkursu zastępów zaśpiewał „Yellow Submarine” i „You’ve Got To Hide Your Love Away”, zdobywając dwie rzeczy – „sprawność śpiewaka” (!) tudzież niekłamane uzna­nie. A zaśpiewał po „norwesku” – czyli w udawanym angielskim. Przyjechały­śmy do niego z córką na tez obóz - opowiada pani Krystyna — a z megafonów lecą piosenki, najczęściej Beatlesów, i dedykacje: „Dla ‘Anglika piosenka taka i taka od tej i od tej”. Zapytałam Ryśka, kto to ten „Anglik”. „No ja” -powiedział. Podszedł do mnie drużynowy. „Proszępanią, skąd on tak zna angielski? Skąd ma taki akcent? “. Odpowiedziałam zdziwiona, że zna tak jak ja, czyli wcale.

Następny koncert – nawet koncerty – przyszły wokalista przyszłego Dże­mu dawał na łąkach pod Tychami. „Rygiel” i „Pudel” „grali” na gitarach własno­ręcznie zrobionych ze sklejki, gitarach                      z namalowanymi strunami. „Grali”, ale Rysiek naprawdę śpiewał, pozostając wierny repertuarowi Beatlesowskiemu, roz­szerzonemu między innymi o „Ob-La-Di, Ob-La-Da”. „Pudel” potwierdza, że ten „norweski” angielski jego kumpla już wtedy był naprawdę niesamowity. Cóż, nasłuchał się płyty Beatlesów, a że słuch miał taki, jaki miał… Ale świeżo wyda­nej – i świeżo kupionej przez siostrę – płyty „70a” Breakoutu słuchać nie chciał. A Małgorzata katowała ją mocno -ją i przy okazji jego. Ryśkowi się zupełnie nie podobała. ,”Przestań mnie męczyć. Ścisz. Co ty w tym widzisz? ” – narzekał. Warto dodać, że Małgorzata Michalski pozostała zwolenniczką bluesa, choć… wcale nie­koniecznie w wydaniu Dżemu (z utworów tego akurat zespołu najwyżej ceni „Słodką”). Zresztą jeden jedyny koncert Dżemu, na jakim była – w Bytomiu (do­kąd przeprowadziła się z Tych) jeszcze w pierwszej połowie lat 80. – nie wywołał w niej, delikatnie rzecz ujmując, euforii.

Wtedy, w roku 1970, na TĘ muzykę – rockową, bluesową – było u Ryśka po prostu ciut za wcześnie. Ale już w następnym… Zaczęło się od tego, że sam sobie – pod nieobecność siostry w domu – nastawił „70a”, a potem nastawiał często. No a kiedy Breakout przyładował „Bluesem”, młody Riedel znalazł się już po właściwej stronie. Do Breakoutu doskoczył Niemen – i to byli jego polscy idole. A po polskich znaleźli się zagraniczni – Free i The Doors. Zwłaszcza Free. Paul Rodgers, wokalista tej kapeli, został – do końca – dla Ryśka mistrzem i wzorem. Z czasem krąg fascynacji poszerzał się. o Claptona z Cream i bez Cream. o Klan, którego „Mrowisko” uważał za rodzimą płytę wszech czasów. O The Allman Brothers Band, co dla członka Dżemu jest naturalne. o Zeppelinów, co oczywiste. o Stonesów, co też oczywiste. Stonesami zaraził Ryśka Krzysiek Kałużny – kolejny kolega, zbieracz płyt. Miał niezłą kolekcję, a w tamtym czasie była to rzadkość nad rzadkościami.

W przypadku Riedla bierne zainteresowanie muzyką szło ramię w ramię, jak wiemy,                          z zainteresowaniem czynnym. Znaczy się śpiewał i grał na harmonij­ce. Nie tylko na obozie harcerskim, na łąkach, na plaży. Swój pierwszy zespół zdążył założyć jeszcze w szkole. Nikt nie pamięta nazwy, nikt nie pamięta rodza­ju muzyki (pewnie był to big beat) – ale mama Ryśka pamięta, iż jak kiedyś podsłuchała przez otwarte okno, wydawało jej się, że syn śpiewa inaczej niż ci, któ­rych znała z radia.

Potem, w roku 1972 z przyległościami, były już zespoły Horn i Festus – a właściwie jeden zespół, który tych nazw używał wymiennie, co jasno orientuje, że nie mogła to być sprawa o wielkim znaczeniu. Znaczenie miały tylko same nazwy.