Tak, ale nim Rysiek stał się gwiazdą, nim zaczęto go wychwalać przy ogni­skach i w autokarach – ponownie rozpędzona kariera Dżemu zaczęła zwalniać, a tak naprawdę została niemal zahamowana. Po prostu w latach 1983-84 kapeli -pozbawionej profesjonalnej promocji, przyćmionej przez gwiazdy rockowego boomu – ponownie groził rozpad, tym razem ostatni. Adam Otręba wyjechał na Bliski Wschód grać do tańca i pod drinki, a Rysiek… Rysiek pytał samego siebie: „ Czyżby już się skończyło? ” - opowiada Gola. Ale zaraz sobie odpowiadał: „Za szybko. Jeszcze coś musimy zrobić”. Jeździli                z Gayerem po chłopakach, nama­wiali, kombinowali. Jak nie z tym, to z tamtym… Mieli różne pomysły, między innymi dziwne. Chcieli z Riedla uczynić solistę, albo zespół kompletnie przeme­blować.                W pewnym momencie nie widzieli w nim Bena i Jurka, widzieli za to „Skibę” z Krzaka. Tego samego Krzaka, z którym Rysiek w owym czasie koncer­tował, a nawet nagrywał.

Ryśkowi niestety nie udało się wcielić w życie wielu swoich zamierzeń. Ale tych zamierzeń nie udało mu się wcielić w życie na szczęście.

Został więc w starym Dżemie -już w wkrótce, bo od 1985 roku, wielkiej gwieździe polskiego rocka. Lecz ów stary  Dżem od mniej więcej tamtej pory okazał się też jakby nowym Dżemem.                      I wcale nie chodzi tu o popularność, uwiel­bienie tłumów, małe i duże – choć prawie zawsze wielkie – płyty. Chodzi o układ sił w zespole, o stosunek do pracy… Bo ten, który Dżem kleił, wyciągał                     z niebytu, który być może jako jedyny naprawdę wierzył w sukces – w dzień nadejścia owego sukcesu, a nawet w przededniu, przestawał żyć kapelą, przestawał żyć muzyczną pracą. Innymi słowy -                       z lokomotywy stawał się wagonem, i to wyma­gającym zdwojonej uwagi, ponieważ wypadał z szyn. Jeszcze innymi – od kole­gów z Dżemu zaczęło dzielić Ryśka dużo więcej niż dzieliło dotychczas.

Jakiś dystans między Riedlem a innymi filarami zespołu – Otrębami, Bergerem, Styczyńskim – istniał zawsze. Ze względu na różnicę wieku (tylko Jurek był młodszy od Ryśka), ze względu na różnicę wykształcenia (wiadomo, że każdy był lepiej wykształcony od Ryśka), ze względu na różnicę stylu życia (wiadomo, że każdy prowadził bardziej stabilne). Tak naprawdę łączyła ich głównie muzy­ka, łączył Dżem. Ale na początku – właśnie gdzieś do pierwszych lat dziewiątej dekady XX wieku -                 z pewnością byli dobrymi kolegami. Chociażby dlatego, że razem spędzali wolny czas. Sporo wolnego czasu. Gola: Jeździliśmy w góry do Benka, do Pawła pod gruszą (dużo nauczyłam się od Haliny, jego żony -przede wszystkim zachowywania spokoju), do Adama na śliwki, czereśnie i oczywiście piwo. Oni też do nas przyjeżdżali. Pamiętam, jak raz Benek z Pawłem byli u nas na imprezie. Paweł jakoś wyszedł wcześniej, a Benek też chciał wyjść, bo jeszcze wtedy pracował i musiał bardzo rano wstać. Ale zanim poszedł, siedział z kimś w oknie i na głos marzył o czasach, kiedy ludzie jedzenie trzymali na balkonach, więc było można je zwędzić -ponieważ akurat zabrakło nam i jedzenia, i picia. Rysiek               z jeszcze jednym kumplem poszli coś zorganizować, a Beno mówi: „No dobra, zbieram się “. Wtedy ja: „Ale Rysiek wziął klucz i zamknął nas od zewnątrz, musisz zostać”, po czym szarpnęłam drzwiami, dyskretnie je nogą blokując. Be­nek zaczął pomstować na Ryśka, że przez niego nie zdąży do pracy. Po godzinie, może półtorej wracają z jednym piwem i połówką jabola (drugą wypili po drodze) – a Benek na Ryśka! Kiedy zdziwiony Rysiek wyjaśnił sprawę, dostałam od Benka ostry — choć żartobliwy – ochrzan. Danek Lisik: Riedel uwielbiał, jak Beno opowiada śląskie kawały. W ogóle bardzo cenił typ humoru proponowany przez Bena. Innym swego czasu częstym gościem na Filaretów był Jurek. Czasami nawet pomieszkiwał u nas, tydzień czy dwa, na początku łat 80. – mówi Gola. Albo zatrzymywał się na noc, kiedy po powrocie z trasy musiałby długo czekać na pociąg do swojej Trzebini. Jurek miał manię gry w chińczyka. Chciał grać na trasie, u nas w domu, wszędzie. Jak zbił pionka, cieszył się jak dziecko. A Rysiek nie lubił grać. Mówił: „ Co ja głupi, żeby skakać pionkiem po planszy? “. Musiałam więc - chcąc nie chcąc – grać ja. Po powrocie z trasy Rysiek szedł spać, a my rozkładaliśmy planszę i wyciągaliśmy pionki, kostkę.

Riedel niezwykle cenił Styczyńskiego jako gitarzystę. Czasami po powro­cie z koncertów mówił, że Jurek go znowu zaskoczył. Że mógł nie śpiewać, bo Jurek zastępował śpiew gitarą - opowiada Gola. Danek: Rzadko mi mówił o chło­pakach z kapeli, ale jeśli już, to bardzo chwalił Jurka. „Świetny gitarzysta, na czują wie o gitarze wszystko. Gdzie on tak się nauczył grać? Świetny, nie do zastą­pienia. Ale wiesz co – zapytaj go, kto to jest Stawrogin. Nie będzie wiedział”. Jednak widziałam, że się lubili - choć byli tak różni. I choć po zakończeniu kon­certu odpływali w swoje światy. Rysiek – wiadomo. Jurek – zakrapiane życie to­warzyskie i uczuciowe. Styczyński: Łączyła nas muzyka i Dżem, po prostu wspól­ny cel. To najważniejsze. Ale łączyło nie tylko to. Jak nie był na haju, bardzo lubiłem            z nim rozmawiać. Krzysztof Toczko, lepiej znany jako Partyzant, a jesz­cze lepiej jako ten, który ozdobił akordeonem „Autsadera”, w latach 1992 – 94 obecny na wszystkich Dżemowych trasach: Przed Benem czuł respekt, do Pawła miał szacunek. Marcin Jacobson, menedżer zespołu w latach 1984 – 89, czyli człowiek, za kadencji którego Dżem wszedł do ekstraklasy: Tak, ale siebie uwa­żał za prawdziwego rockowca, a pozostałych chłopaków, może z ulgą dla Jurka, raczej za rzemieślników. Z Adamem sprawa była już bardziej złożona. Przed wy­jazdem do Wilkasów powtarzał: „Koniecznie trzeba namówić Adama ” – wspomi­na Leszek Faliński. Adama cenił na początku, zwłaszcza za smak – mówi Gola. Później narzekał na jego picie, szczególnie że po alkoholu Adaś robił się kłótliwy, skory do bójki. „Raz zaczął skakać przede mną jak kogut, to go popchnąłem, aż musieli nas rozdzielać ” – kiedyś mi opowiadał. Myślę, że również dlatego prze­stał z nimi popijać, bo nie lubił się bić, choć fakt, iż oni go specjalnie nie zapra­szali. Partyzant: Adama także cenił, lecz tylko wtedy, gdy Adaś nie był wypity -czyli raczej rzadko. Drażnił go niestrój jego gitary, zwłaszcza w specjalnym dla Ryśka numerze „List do M. “, który Adam zaczynał. Odwracał się wtedy do niego i mówił: „Nastrój się, synek”. A Adaś albo się stroił, albo wzruszał ramionami. Otręba: Rysiek swoim postępowaniem przyczynił się do tego, że uspokojenia i zapomnienia – po prostu jakiejś ucieczki — szukaliśmy                    w alkoholu.